Niezwykłe przygody Arsène’a Lupina,
dżentelmena włamywacza

Autor: Maurice Leblanc

SS La Champagne https://www.oldbookillustrations.com/illustrations/ss-la-champagne/

Tłumaczenie na angielski z języka francuskiego: George Morehead

Clerkenwell Tunnel https://www.oldbookillustrations.com/illustrations/clerkenwell-tunnel/

Ebook Projektu Gutenberg książki pt. „The Extraordinary Adventures of Arsène Lupin, Gentleman-Burglar”

Ten ebook jest przeznaczony do użytku dla wszystkich w Stanach Zjednoczonych i większości innych części świata bezpłatnie i niemal bez ograniczeń.

Można go powielać, udostępniać lub ponownie wykorzystywać na warunkach licencji Projektu Gutenberg dostępnej pod adresem www.gutenberg.org. Poza Stanami Zjednoczonymi należy zapoznać się z przepisami danego kraju przed skorzystaniem z tego ebooka.

Tytuł oryginalny: The Extraordinary Adventures of Arsène Lupin, Gentleman-Burglar
Autor: Maurice Leblanc
Data wydania: 1 lipca 2004 [eBook #6133]
Wydanie najnowsze: 8 kwietnia 2023 r.
Język: Angielski
Twórcy ebooka: Nathan J. Miller i David Widger

Niniejsze tłumaczenie na język polski autorstwa Adriana Wajera, Marcina Bojko i Małgorzaty Koczańskiej jest dostępne na zasadach międzynarodowej licencji Creative Commons Attribution-NonCommercial 4.0 na użycie niekomercyjne. Obrazy wykorzystane w tej publikacji pochodzą ze strony oldbookillustrations.com. Uważa się, że przeszły one do domeny publicznej w Stanach Zjednoczonych i innych krajach, ponieważ zostały odtworzone z książki lub dokumentu, do którego prawa autorskie wygasły w Stanach Zjednoczonych i innych krajach.

Aresztowanie Arsène’a Lupina

Było to osobliwe zakończenie podróży, która rozpoczęła się w nader obiecujący sposób. Parowy transatlantyk „La Provence” okazał się szybkim i wygodnym statkiem, dowodzonym przez nad wyraz życzliwego kapitana. Pasażerowie stanowili doborowe i zachwycające towarzystwo, a czas umilało nam nawiązywanie nowych znajomości oraz improwizowane rozrywki. Wydawać by się mogło, że żyjemy na wyspie, odcięci od świata, a to skłaniało wszystkich, by nawiązać ze sobą relacje.

Czyż nie jest to niezwykłe, jak oryginalne i spontaniczne potrafią się okazać osoby, które jeszcze poprzedniego wieczoru nawet się nie znały, a zostały skazane na skrajną bliskość? Przez kilka dni miały wspólnie stawiać czoło gniewowi oceanu, straszliwemu naporowi fal, gwałtowności sztormu lub drażniącej monotonii spokojnych wód. Takie życie staje się rodzajem dramatycznej egzystencji, z jej burzliwością i wzniosłością, monotonią i różnorodnością. Może właśnie dlatego pasażerami wyruszającymi w tę krótką podróż zawsze targały mieszane uczucia radości i obaw.

Jednak od kilku lat podczas transatlantyckich rejsów podróżnicy mogli liczyć na nowe doznania. Niewielka pływająca wyspa zyskała bowiem łączność ze światem, od którego była niegdyś całkowicie odcięta. Nawet na środku Atlantyku statek mógł się kontaktować z odległym lądem. Mowa o wynalazku zwanym telegrafem bez drutu. Owo niezwykłe urządzenie pozwala odbierać depesze w wielce tajemniczy sposób. Wiadomo powszechnie, że nie są one przekazywane przez rozpięte przewody. Jako że trudno wytłumaczyć sekret działania tej aparatury, często przywołuje się analogie do eteru, albowiem telegraf bez drutu odbiera przekazy niesione falami elektrycznymi w powietrzu. Już od pierwszego dnia podróży mieliśmy wrażenie, że jesteśmy śledzeni, konwojowani, a nawet wyprzedzani przez ten odległy głos, od czasu do czasu szepczący do jednego z nas kilka słów ze świata, który zostawiliśmy za sobą. Mogłem usłyszeć, jak przemawia do mnie dwóch przyjaciół. Kilkunastu pozostałych towarzyszy podróży otrzymało podobne radosne lub podniosłe słowa pożegnania do swoich znajomych.

Drugiego dnia, gdy od francuskiego wybrzeża dzieliło nas pięćset mil, a wokół szalał sztorm, otrzymaliśmy za pomocą bezdrutowego telegrafu wiadomość następującej treści:

„Na waszym statku skrywa się Arsène Lupin. Płynie pierwszą klasą, ma jasne włosy i ranę na prawym przedramieniu, podróżuje sam pod nazwiskiem R...”.

Niebo rozdarła nagle straszliwa błyskawica i łączność się urwała. Pozostała część wiadomości nigdy do nas nie dotarła. Z nazwiska, pod którym ukrywał się Arsène Lupin, poznaliśmy jedynie inicjał.

Gdyby chodziło o wiadomość innego charakteru, bez wątpienia jej treść pozostałaby pilnie strzeżoną tajemnicą i wiedzieliby o niej jedynie operator telegrafu oraz oficerowie na statku. Jednak takie zdarzenia zwykle opierają się wszelkim rygorom dyskrecji. Nie wiedzieć jak, jeszcze tego samego dnia po pokładzie rozniosły się plotki i każdy pasażer był świadom, że wśród nas ukrywa się sam Arsène Lupin.

Arsène Lupin wśród nas! Niepokorny włamywacz, o którym od kilku miesięcy rozpisywały się wszystkie gazety! Tajemniczy osobnik, z którym Ganimard, nasz najbystrzejszy detektyw, toczył zażarty pojedynek umysłów w najbardziej intrygujących i malowniczych okolicznościach. Arsène Lupin, ekscentryczny dżentelmen, który działa wyłącznie na dworach i salonach, i pewnej nocy wszedł do rezydencji barona Schormanna, jednakże wyszedł z pustymi rękami. Pozostawił po sobie jedynie wizytówkę z dopiskiem: „Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz, wróci, gdy meble będą autentyczne”. Arsène Lupin, człowiek tysiąca przebrań: na przemian szofer, detektyw, bukmacher, rosyjski lekarz, hiszpański torreador, komiwojażer, krzepki młodzieniec albo zniedołężniały starzec.

Następnie rozważmy tę oto zaskakującą okoliczność: Arsene Lupin przemierzał zamkniętą przestrzeń transatlantyckiego parowca, ową pływającą wyspę – z jej salą jadalną, palarnią, salonem muzycznym! Arsène Lupin mógł być każdym na pokładzie... dżentelmenem obok... lub tym, który mnie minął... biesiadnikiem przy stole... lub kimś, z kim współdzielę kajutę...

– Ten stan rzeczy będzie trwał pięć dni! – wykrzyknęła następnego ranka panna Nelly Underdown. – To nie do zniesienia! Mam nadzieję, że zostanie aresztowany.

Po czym zwróciła się do mnie:

– Monsieur d'Andrézy, jest pan w zażyłych stosunkach z kapitanem, na pewno coś pan wie?

Byłbym zachwycony, gdybym posiadał informacje, które wzbudziłyby zainteresowanie panny Nelly. Należała tych cudownych istot, które przyciągają uwagę nawet w największym tłumie. Zamożność i uroda to nieodparta kombinacja, a panna Underdown posiadała i jedno, i drugie.

Wykształcona w Paryżu pod kuratelą francuskiej matki, udawała się w odwiedziny do swojego ojca, chicagowskiego milionera Underdowna. Towarzyszyła jej jedna z przyjaciółek, lady Jerland.

Początkowo nosiłem się z zamiarem, by odrobinę tylko poflirtować z młodą dziedziczką, lecz podczas rejsu nasza zażyłość się rozwijała i wkrótce uległem nieodpartemu czarowi panny Nelly Underdown, a moje uczucia stały się zbyt głębokie i pełne szacunku, by trwonić je na zwykłą kokieterię. Co więcej, przyjęła moje względy z pewną dozą przychylności. Panna Nelly śmiała się z moich dowcipów i wykazywała zainteresowanie moimi opowieściami. Czułem jednak, że mam rywala w osobie pewnego młodzieńca o spokojnym usposobieniu i wyrafinowanych upodobaniach. Czasami zdawało mi się, że wolała jego powściągliwy humor od mojej paryskiej fantazji. Młodzieniec ów należał do grona adoratorów, którzy towarzyszyli pannie Nelly, gdy kierowała do mnie powyższe pytanie. Wszyscy rozsiedliśmy się wygodnie na leżakach rozstawionych na pokładzie. Po sztormie z poprzedniego wieczoru nie było śladu. Pogoda wybitnie dopisywała.

– Nie dysponuję wiedzą na ten temat, mademoiselle – przyznałem. – Ale może zdołamy sami rozwikłać tę zagadkę niczym zaprzysięgły adwersarz Arsène’a Lupina, detektyw Ganimard?

– Och, monsieur! Co za śmiałe wyzwanie.

– Bynajmniej, mademoiselle. Po pierwsze, proszę pozwolić, że zapytam, czy uważa pani ten problem za skomplikowany?

– Nawet bardzo.

– Czyli zapomniała pani o kluczu do rozwikłania tej zagadki?

– Jakim kluczu? – spytała zafrasowana.

– Po pierwsze, Lupin nazywa się monsieur R...

– To raczej mało precyzyjna informacja – westchnęła.

– Po drugie, podróżuje sam.

– A w czym to nam pomoże?

– Po trzecie, jest blondynem.

– Zatem?

– Zatem wystarczy jedynie przejrzeć listę pasażerów i przeprowadzić proces eliminacji.

Miałem ową listę w kieszeni. Wyjąłem ją i przejrzałem. Następnie oznajmiłem:

– Na liście pasażerów widnieje jedynie trzynaście osób, których nazwiska zaczynają się na literę R.

– Jedynie trzynaście?

– Tak, w pierwszej klasie. Spośród tych trzynastu, dziewięciu towarzyszą kobiety, dzieci lub służba. Pozostają tylko cztery osoby podróżujące samotnie. Po pierwsze, markiz de Raverdan...

– Sekretarz amerykańskiego ambasadora – wtrąciła panna Nelly. – Znam go.

– Major Rawson – kontynuowałem.

– To mój wuj – powiedział ktoś.

– Monsieur Rivolta.

– Obecny – wykrzyknął Włoch, skrywający twarz za bujną, czarną brodą.

– Tego dżentelmena trudno nazwać blondynem – zawołała ze śmiechem Panna Nelly.

– W rzeczy samej – potwierdziłem. – Nasuwa się zatem oczywisty wniosek, że podejrzanym jest ostatnia osoba na liście.

– Jak się nazywa?

– Monsieur Rozaine. Czy ktoś wie, kto zacz?

A wtedy panna Nelly zwróciła się do małomównego młodzieńca, z którym walczyłem o jej względy, i zapytała:

– Czemu pan milczy, monsieur Rozaine?

Wszystkie oczy zwróciły się na niego. Był blondynem. Muszę przyznać, że poczułem zaskoczenie, a głęboka cisza, która zapanowała po pytaniu panny Underdown, wskazywała, że resztę obecnych również ogarnął niepokój. Pomysł, aby dżentelmen ów był Arsène’em Lupinem wydawał się jednak niedorzeczny, od młodzieńca biła bowiem aura krystalicznej wręcz niewinności.

– Czemuż milczę? – odezwał się cicho. – Wziąwszy pod uwagę moje nazwisko i kolor włosów oraz to, że podróżuję sam, wysnułem ten sam wniosek co wszyscy i sądzę, że powinno się mnie aresztować.

Gdy wypowiadał te słowa, wyglądał dziwnie. Zacisnął mocniej wąskie wargi i zmrużył przekrwione oczy, a jego twarz upiornie pobladła. W oczywisty sposób żartował, ale jego wygląd i postawa zrobiły na nas osobliwe wrażenie.

– Ale nie jest pan ranny w rękę? – zapytała naiwnie panna Nelly.

– W rzeczy samej – zapewnił. – Nie jestem ranny.

Następnie rozpiął mankiet, podciągnął rękaw i odsłonił swoje przedramię. Ale mnie nie zmylił. Pokazał nam bowiem swoje lewe ramię zamiast prawego i już miałem mu to wypomnieć, gdy coś innego odwróciło naszą uwagę. Lady Jerland, przyjaciółka panny Nelly, podbiegła do nas wzburzona.

– Moje klejnoty, moje perły! – lamentowała. – Wszystkie skradziono!

Nie wszystkie jednak zniknęły, jak się wkrótce okazało. Złodziej, co ciekawe, zabrał tylko niektóre. Spośród wysadzanych klejnotami broszek, wisiorków, bransoletek oraz naszyjników rabuś wyjął kamienie, lecz nie te największe, a najszlachetniejsze i najcenniejsze. Puste oprawy pozostawił na stole. Popatrzyłem na nie, ogołocone z klejnotów niczym kwiaty, z których bezlitośnie oderwano płatki. Kradzież bez wątpienia popełniona została, gdy lady Jerland piła herbatę – w biały dzień, w prywatnej kajucie przy uczęszczanym korytarzu. Co więcej, złodziej musiał nie tylko wyłamać zamek, lecz także przeszukać pokój, by znaleźć szkatułkę z klejnotami, ukrytą na dnie pudła na kapelusze, po czym otworzyć ją, wybrać łup i wyłuskać go z opraw.

Oczywiście pasażerowie natychmiast doszli do tego samego wniosku: z pewnością było to dzieło Arsène’a Lupina.

Tego dnia przy stole obiadowym miejsca po prawej i lewej stronie Rozaine’a pozostały puste, a wieczorem rozeszła się pogłoska, że kapitan aresztował młodzieńca. Pasażerowie odzyskali poczucie bezpieczeństwa. Odetchnęliśmy z ulgą. Wieczorem wróciliśmy do naszych gier, zabaw i tańców. Zwłaszcza panna Nelly przejawiała ducha beztroski, który przekonał mnie, że nawet jeśli względy Rozaine’a były przez nią z początku mile widziane, to już o nich zapomniała. Jej urok i dobry humor dopełniały mojego triumfu. O północy, pod jasnym księżycem, zadeklarowałem swoje oddanie z żarliwością, która bynajmniej nie spotkała się z dezaprobatą.

Lecz następnego dnia, ku naszemu ogólnemu zdumieniu, Rozaine wyszedł na wolność. Okazało się, że dowody przeciwko niemu były niewystarczające. Przedstawił bowiem dokumenty, które uwierzytelniały go i potwierdzały, że jest synem bogatego kupca z Bordeaux. Poza tym ręce podejrzanego nie nosiły śladów najmniejszych nawet ran.

– Dokumenty! Świadectwa urodzenia! – oponowali niechętni Rozaine’owi. – To oczywiste, że Arsène Lupin sprokuruje wam ich tyle, ile dusza zapragnie. A jeśli chodzi o ranę, to albo nigdy jej nie miał, albo dobrze ją zamaskował.

Następnie udowodniono, że w czasie kradzieży Rozaine spacerował po pokładzie. Na co jego przeciwnicy odpowiedzieli, że ktoś taki jak Arsène Lupin potrafiłby zaplanować i popełnić przestępstwo niezauważenie. Ponadto, poza wszystkimi innymi okolicznościami, pozostawała jedna kwestia, na którą nawet najbardziej sceptyczni nie potrafili odpowiedzieć: Kto oprócz Rozaine’a podróżował samotnie, był blondynem i nosił nazwisko zaczynające się na literę R? Na kogo wskazywał telegram, jeśli nie na Rozaine’a?

I kiedy ten, kilka minut przed śniadaniem, śmiało podszedł do naszej grupy, panna Nelly i lady Jerland wstały i odeszły.

Godzinę później z rąk do rąk wśród marynarzy, stewardów i pasażerów wszystkich klas zaczął krążyć pewien okólnik. Ogłaszał on, że monsieur Louis Rozaine oferował nagrodę wysokości dziesięciu tysięcy franków za odnalezienie Arsène’a Lupina lub innej osoby będącej w posiadaniu skradzionych klejnotów.

„A jeśli nikt mi nie pomoże, sam zdemaskuję łajdaka” - oświadczał w piśmie Rozaine.

Rozaine przeciwko Arsène’owi Lupinowi, a raczej – zgodnie z obiegową opinią – Arsène Lupin przeciwko samemu sobie. Rywalizacja zapowiadała się arcyciekawie.

Przez następne dwa dni nic w tej sprawie się nie wydarzyło. Widzieliśmy Rozaine’a, który błąkał się w dzień i w nocy, przeszukując, indagując, dociekając. Kapitan również wykazał się godną pochwały inicjatywą. Przeszukał statek od dziobu po rufę i przetrząsnął każdą kajutę w przekonaniu, że klejnoty mogły zostać ukryte wszędzie, z wyjątkiem kajuty złodzieja.

– Zapewne wkrótce coś się wyjaśni – skomentowała panna Nelly. – Lupin może jest czarodziejem w swoim fachu, ale nawet on nie potrafi sprawić, by diamenty i perły stały się niewidzialne.

– Oczywiście, że nie – przytaknąłem. – Ale kapitan powinien sprawdzić podszewki naszych kapeluszy i kamizelek oraz wszystko, co przy sobie nosimy.

Następnie uniosłem mojego Kodaka na klisze 9x12, którym fotografowałem pannę Nelly w różnych pozach, i oznajmiłem: – W takim aparacie można by ukryć wszystkie klejnoty lady Jerland. Wystarczy udawać, że robi się zdjęcia, i nikt by nic nie podejrzewał.

– Podobno każdy złodziej zostawia za sobą jakiś ślad, który może posłużyć za wskazówkę.

– Zazwyczaj to prawda – potwierdziłem. – Ale istnieje jeden wyjątek: Arsène Lupin.

– A to dlaczego?

– Ponieważ skupia się nie tylko na kradzieży, lecz także na jej okolicznościach i unika pozostawiania śladów, które przyczyniłyby się do jego zdemaskowania.

– Kilka dni temu był pan bardziej pewny siebie.

– Owszem, ale wtedy nie widziałem go w działaniu.

– I co teraz pan o tym myśli? – zapytała.

– Cóż, moim zdaniem marnujemy tylko czas.

Istotnie, śledztwo nie przyniosło żadnych rezultatów. A tymczasem skradziono zegarek kapitana. Był wściekły. Wzmożył wysiłki i bardzo uważnie obserwował Rozaine’a. Jednak już następnego dnia zegarek odnalazł się w skrzyni drugiego oficera.

Ten incydent wywołał niemałe poruszenie, a także ujawnił, że Arsène Lupin ma poczucie humoru. Choć był włamywaczem, to okazał się także lekkoduchem. Łączył interesy z przyjemnością. Przypominał nam pewnego pisarza, który nieomal skonał w napadzie śmiechu wywołanym przez własną sztukę. Lupina niewątpliwie należało nazwać artystą w swym fachu, ilekroć widziałem bowiem Rozaine’a – ponurego i powściągliwego – z niemałą dozą podziwu myślałem o podwójnej roli, którą odgrywał.

Następnego wieczoru oficer dyżurny usłyszał jęki dochodzące z najciemniejszego zakątka statku. Gdy się zbliżył, znalazł leżącego tam mężczyznę z głową owiniętą grubym, szarym szalem i rękami skrępowanymi ciężkim sznurem. Był to Rozaine. Został napadnięty i okradziony. Na kartce przypiętej do jego płaszcza widniały następujące słowa: „Arsène Lupin z przyjemnością przyjmuje dziesięć tysięcy franków oferowanych przez monsieur Rozaine’a”. W rzeczywistości skradziony portfel zawierał dwadzieścia tysięcy franków.

Oczywiście niektórzy oskarżali nieszczęśnika o upozorowanie ataku na samego siebie. Ustalono jednak, że nie mógłby samodzielnie skrępować się w ten sposób. Okazało się również, że charakter pisma na liściku znacząco różnił się od pisma Rozaine’a. Co więcej przypominał styl Arsène’a Lupina, tak jak przedstawiono to w starej gazecie znalezionej na pokładzie.

Tym sposobem dowiedziono, że nieszczęsny młodzieniec to nie Arsène Lupin, ale de facto Louis Rozaine, syn kupca z Bordeaux. I tak oto obecność Arsène’a Lupina ponownie się potwierdziła.

Zapanowało takie przerażenie, że nikt nie chciał pozostać sam w kajucie ani włóczyć się samotnie po mniej uczęszczanych częściach statku. Trzymaliśmy się razem dla bezpieczeństwa. Pomimo to nawet najbardziej zażyłe znajomości rozpadły się przez wzajemną nieufność. Każdy z nas mógł bowiem okazać się Arsène’em Lupinem. Nasza rozbudzona wyobraźnia przypisywała mu cudowną i wręcz nieograniczoną moc. Przypuszczaliśmy, że jest zdolny do najbardziej nieoczekiwanych przebieranek, od poważanego majora Rawsona lub szlachetnego markiza de Raverdana, a nawet – gdyż nie poprzestaliśmy przy oskarżycielskiej literze R – tą czy inną dobrze znaną nam wszystkim osobą, mającą żonę, dzieci czy służbę.

Pierwsze telegraficzne depesze z Ameryki nie przyniosły dalszych wieści; a przynajmniej kapitan żadnych nam nie przekazał. Ta cisza w eterze nie napawała nas otuchą.

Ostatni dzień na parowcu nieznośnie się dłużył. Ze strachem wyczekiwaliśmy jakiejś katastrofy. Tym razem nie miała to być zwykła kradzież czy stosunkowo niegroźna napaść, lecz zbrodnia, morderstwo! Nikt nie wyobrażał sobie, że Arsène Lupin ograniczy się do dwóch błahych wykroczeń. Bezsilność władz sprawiła, że ten zbrodniarz przejął panowanie nad statkiem i mógł robić, co mu się żywnie podobało. Nasze mienie i życie zależało od jego dobrej woli.

Jednakowoż dla mnie były to cudowne chwile, ponieważ panna Nelly obdarzyła mnie zaufaniem. Wydarzenia podczas rejsu poruszyły ją dogłębnie, a że była nerwowa z natury, u mego boku odruchowo szukała otuchy i bezpieczeństwa, które z chęcią jej zapewniałem. W skrytości serca błogosławiłem Arsène’a Lupina. Czyż to nie on zbliżył mnie i pannę Nelly do siebie? Dzięki niemu mogłem teraz oddawać się rozkosznym marzeniom o miłości i szczęściu – marzeniom, które, jak mi się zdawało, nie były niemiłe pannie Nelly. Jej uśmiechnięte oczy upoważniały mnie do ich spełnienia; miękkość jej głosu dawała mi nadzieję.

Gdy zbliżaliśmy się do amerykańskiego brzegu, poszukiwania złodzieja zostały najwyraźniej porzucone. Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy chwili, gdy niepokojąca zagadka zostanie wyjaśniona. Kto z pasażerów był Arsène’em Lupinem? Pod jakim nazwiskiem, pod jakim przebraniem skrywał się słynny włamywacz? I wreszcie ów kulminacyjny moment nadszedł. Choćbym żył sto lat, nie zapomnę najdrobniejszych szczegółów.

– Jakże pani zbladła, panno Nelly – powiedziałem z troską, gdy towarzyszka podróży oparła się o moje ramię, nieomal mdlejąc.

– A pan – odparła – Tak się pan zmienił.

– Proszę tylko pomyśleć! To niezwykła chwila i cieszę się, że mogę ją spędzić z panią, panno Nelly. Mam nadzieję, że będzie pani wracać pamięcią...

Ale ona nie słuchała. Była zdenerwowana i zarazem podniecona. Trap został wysunięty, ale zanim zdążyliśmy z niego skorzystać, na pokład weszli umundurowani celnicy.

– Jeżeli usłyszę, że Arsène Lupin uciekł ze statku podczas rejsu, ani trochę mnie to nie zaskoczy – szepnęła do mnie panna Nelly.

– Może wolał śmierć w odmętach Atlantyku, aniżeli hańbę aresztowania.

– Och, proszę nie żartować – obruszyła się.

Zmieniłem temat, aby jej nie denerwować.

– Czy widzi pani tego niewysokiego staruszka na dole przy trapie?

– Z parasolem i w oliwkowym płaszczu?

– To Ganimard.

– Ganimard?

– Tak, słynny detektyw, który poprzysiągł schwytać Arsène’a Lupina. Dopiero teraz rozumiem, dlaczego nie otrzymaliśmy żadnych wiadomości z tej strony Atlantyku. Ganimard jest tutaj! A on zawsze działa dyskretnie.

– Uważa pan, że Ganimard aresztuje Arsène’a Lupina?

– Któż może wiedzieć? Gdy chodzi o Arsène’a Lupina, należy zawsze spodziewać się niespodziewanego.

– Och! – Panna Nelly spojrzała na nabrzeże z nieposkromioną ciekawością właściwą kobietom. – Chciałabym zobaczyć to aresztowanie.

– Będzie się pani musiała uzbroić się w cierpliwość, mademoiselle. Bez wątpienia Arsène Lupin dostrzegł już swojego adwersarza i nie zamierza się spieszyć z opuszczeniem parowca.

Pasażerowie zaczęli schodzić z pokładu. Ganimard, opierając się na parasolu jak na lasce, z wyrazem niewzruszonej obojętności na twarzy, zdawał się nie zwracać uwagi na tłum spieszący po trapie na nabrzeże. Markiz de Raverdan, major Rawson, Włoch Rivolta i wielu innych opuściło statek, zanim pojawił się Rozaine. Biedaczysko!

– Może to jednak on, monsieur – zastanawiała się panna Nelly. – Jak pan myśli?

– Myślę, że byłoby bardzo interesujące mieć Ganimarda i Rozaine’a na tym samym zdjęciu. Proszę potrzymać aparat, chciałbym mieć wolne ręce.

Wręczyłem jej aparat, lecz za późno, by zdążyła go użyć. Rozaine już minął detektywa. Amerykański oficer, stojący za Ganimardem, pochylił się i szepnął mu coś do ucha. Francuski inspektor wzruszył tylko ramionami, a Rozaine poszedł dalej. Mój Boże, zatem kto z pasażerów był Arsène’em Lupinem?

– Właśnie. – Panna Nelly zdawała się czytać mi w myślach. – Któż nim może być?

Na pokładzie pozostało nie więcej niż dwadzieścia osób. Panna Nelly przyjrzała się im po kolei, jakby się lękała, że wśród nich nie ma już Arsène’a Lupina.

– Nie możemy dłużej czekać – zauważyłem.

Ruszyła do trapu. Poszedłem za nią. Nie zdążyliśmy przejść nawet dziesięciu kroków, gdy Ganimard zagrodził nam drogę.

– O co chodzi? – rzuciłem z oburzeniem.

– Chwileczkę, monsieur. Gdzie się pan tak spieszy?

– Odprowadzam mademoiselle.

– Chwileczkę – powtórzył Ganimard bardziej stanowczo, po czym spojrzał mi w oczy. – Arsène Lupin, jak mniemam?

– Nie, jedynie Bernard d'Andrézy – odpowiedziałem ze śmiechem.

– Bernard d’Andrézy zmarł w Macedonii trzy lata temu.

– Gdyby Bernard d’Andrézy nie żył, nie byłoby mnie tutaj. Zatem myli się pan. Oto moje dokumenty.

– Należą do niego i mogę dokładnie powiedzieć, jak znalazły się w pańskim posiadaniu.

– Jest pan głupcem! – wykrzyknąłem. – Arsène Lupin płynął pod nazwiskiem na literę R...

– To kolejna z twoich sztuczek. Ten sam fałszywy trop, który zwiódł śledczych w Hawrze. Dobrze grasz, mój chłopcze, ale tym razem szczęście cię opuściło.

Zawahałem się, a wtedy Ganimard wymierzył mi cios w prawe ramię. Krzyknąłem z bólu. Uderzył w świeżą ranę, o której wspominała depesza przesłana na parowiec.

Byłem zmuszony się poddać. Nie miałem wyboru. Odwróciłem się do mojej towarzyszki, która przyglądała się tej konfrontacji. Nasze spojrzenia się spotkały, po czym panna Nelly spuściła wzrok na aparat Kodaka, aby bez słów dać mi do zrozumienia, że wszystkiego już się domyśliła. Tak, we wnętrzu tego niewielkiego urządzenia, które przezornie złożyłem w jej ręce, nim Ganimard mnie aresztował, ukryłem dwadzieścia tysięcy franków Rozaine’a oraz perły i diamenty lady Jerland.

Och, przysięgam, że w tej ponurej chwili, gdy zostałem zatrzymany przez Ganimarda i jego dwóch pomagierów, przyjąłem to obojętnie. Nie obchodziły mnie ani kajdanki, ani wrogość pasażerów. Dręczyło mnie tylko jedno pytanie: co zrobi panna Nelly bogactwem, które jej powierzyłem?

Dopóki służby nie dysponowały jakże istotnymi i rozstrzygającymi dowodami kradzieży, nie miałem się czego obawiać. Zastanawiałem się, czy panna Nelly odda je władzom? Czy mnie zdradzi? Czy zachowa się jak wróg, który nie potrafi wybaczyć, czy jak kobieta, której pogardę złagodzi pobłażliwość i mimowolne współczucie?

Przeszła przede mną. Nic nie powiedziałem, ale ukłoniłem się z rewerencją. Młoda dama dołączyła do reszty pasażerów i ruszyła na trap z moim Kodakiem w ręku. Przyszło mi do głowy, że nie odważy się zdemaskować mnie publicznie, ale zrobi to, gdy znajdzie się w bardziej ustronnym miejscu. Panna Nelly jednak po kilku krokach udała potknięcie i wypuściła aparat. Kodak wpadł do wody między statkiem a pomostem. Wyprostowała się i pośpiesznie ruszyła po trapie na nabrzeże, a tam wmieszała się w tłum i zniknęła mi z oczu. Odeszła z mojego życia na zawsze.

Przez chwilę stałem bez ruchu. Potem, ku wielkiemu zdumieniu Ganimarda, mruknąłem:

– Jaka szkoda, że nie jestem uczciwym człowiekiem!

Taka była historia owego aresztowania, którą opowiedział mi sam Arsène Lupin. Różne zdarzenia, które spiszę przy innej okazji, stworzyły między nami pewną więź... a może nawet przyjaźń? Ośmielam się bowiem wierzyć, że Arsène Lupin zaszczyca mnie swoją przyjaźnią. Dzięki niej od czasu do czasu wzywa mnie i wnosi w ciszę mojej biblioteki swoją młodzieńczą żywiołowość, zaraża mnie entuzjazmem i radością człowieka, któremu przeznaczenie niesie jedynie fortunę i uśmiech.

Jak wyglądał? Czy zdołałbym go opisać? Widziałem go bez mała przy dwudziestu okazjach i za każdym razem był inną osobą. Kiedyś wyznał mi wręcz:

– Nie wiem już, kim jestem. Nie rozpoznaję siebie, gdy patrzę w lustro.

Niewątpliwie to świetny aktor, który na dodatek posiadł cudowną zdolność kamuflażu. Bez najmniejszego wysiłku potrafił naśladować głos, gesty i manieryzmy innej osoby.

– Po co – rzekł mi. – Po co miałbym utrzymywać określoną postać czy cechy? Czyż nie lepiej uniknąć ryzyka związanego z zawsze tą samą osobowością? Wówczas nie uda się mnie zidentyfikować na podstawie moich działań.

Następnie dodał z nutką dumy:

– Dobrze, że nikt nigdy nie zdoła ustalić z absolutną pewnością, kim jest Arsène Lupin! Najważniejsze, aby opinia publiczna potrafiła rozpoznać moje czyny i bez cienia wątpliwości orzec: Oto dzieło Arsène’a Lupina!